DZIŚ

Tanzania: Dzień Chama Cha Mapinduzi

"Zestaw kulturalny dla dzieci": wielki finał i wielka niewiadoma

Na początku sierpnia kilkadziesiąt dzieci z warszawskiej Pragi dostało od swoich sąsiadów z Komuny/Warszawa „zestaw kulturalny”. Przez kilkanaście dni odbywały się dla nich warsztaty teatru, tańca, języków obcych czy capoeiry. Dzieci mogły spotkać znanych ludzi oraz nakręcić własny film i choć tak skomponowana oferta na pozór zachęciłaby do udziału każdego, na Pradze pojawiły się liczne problemy: konflikty między dziećmi, brak systematyczności a momentami wręcz marazm i chroniczny brak zainteresowania. O tym, jakie jeszcze społeczne problemy odsłoniła kulturalna akcja „Zestaw kulturalny dla dzieci” tuż przed jej finałem rozmawiamy z Alexem Nowackim.

Wiadomość archiwalna

A A A

autor(ka): Adrian Kubicki

2010-09-03, 13.38
Alex Nowacki

Prawie cały miesiąc na warszawskiej Pradze dzieci miały okazję posmakować życia, którego do tej pory nie znały. Odbyły się warsztaty, spotkania ze znanymi osobami. Co z tego wyszło?

Alex Nowacki: – Był to miesiąc pełen niespodzianek. Wyzwania, przed jakimi stanęliśmy były różne, czasem w ogóle nieoczekiwane. Na przykład kłótnia dziesięciolatków prawie zepsuła nam dużą część działań, które zaplanowaliśmy. Grupka dzieci po prostu nie chciała przychodzić, bo tamte są niedobre.
Pojawił się pewnie problem konkretnego środowiska, gdzie wdrażanie kultury jest trudne i problematyczne. Z jakimi problemami się zderzyliście?
– Nie wiem, czy to specyfika pewnego środowiska Pragi. Na pewno w jakimś sensie tak, jak choćby przez to, że z tymi dziećmi trzeba się kontaktować bezpośrednio. To znaczy pójść do nich na podwórka, bo rodzice ich nie przyprowadzą. Rzeczywiście jest ich trudniej zmobilizować na przyjście na przykład na konkretną godzinę. Pamiętam, że rozmawiałem z jedenastoletnim chłopcem. Mówię mu: - „Spotkajmy się jutro o piątej”, a on mi odpowiada: - „A która to godzina?”. W innych miejscach w Warszawie taka scena też może mieć miejsce, ale wtedy miałbym raczej większą szansę porozmawiania z rodzicami takiego dziecka, którzy by się nim w odpowiedni sposób zajęli. Nasze grupy wyglądały często przypadkowo. Raz przychodziły trzy osoby, raz dwie, a niekiedy trzydzieści.
A konflikty między dziećmi wynikały z czego?
– Dzieci się po prostu czasem kłócą. Tyle że tutaj nie było autorytetu, który mógłby namówić tych dzieci do udziału w zajęciach. Mam na myśli rodziców i kontaktu z nimi.
Te utarczki w trakcie prowadzenia projektu nie doprowadziły do tego, że zakończył się on fiaskiem. Mimo wszystko zajęcia były konsekwentnie prowadzone.
– Były. Niedawno je zakończyliśmy. W sobotę jest finał projektu i mamy nadzieję, że przyjdą wszyscy uczestnicy, a przynajmniej większość z nich. Jakby tak policzyć te, które pojawiały się sporadycznie lub jednorazowo, to było ich około stu. Takich, które przychodziły bardzo często i na prawie wszystkie zajęcia było około dwudziestu.
Porozmawiajmy więc o poszczególnych elementach akcji. Jednym z nich były warsztaty teatralne i teatralno-taneczne. Były to przygotowania do dwóch spektakli. Będziemy mieli okazję zobaczyć ich premiery?
– W sobotę rzeczywiście je zobaczymy, o ile przyjdą aktorzy. Ten problem już się raz pojawił: mieliśmy jedno przedstawienie, na które główne postacie przestały przechodzić dwa dni przed premierą. Przestraszyły się pierwszego pokazu. Mamy nadzieję, że w sobotę tak nie będzie. Staraliśmy się je do tego czasu oswoić ze sceną.
Jesteście z tymi dziećmi w stałym kontakcie?
– Jeżdżę na ich podwórka i z nimi rozmawiam. To jest nasz kontakt. Jaki będzie skutek? Cele mieliśmy różne, niektóre ambitne i utopijne. Na początku chcieliśmy na przykład, żeby projekt stał się łącznikiem między artystami, którzy działają przy Lubelskiej a społecznością lokalną. To się nie udało, bo nie mogło się udać. Obok tego były też cele zwyczajne i oczywiste, jak to, żeby dzieci po prostu miały co robić, żeby wprowadzić strukturę i pokazać im, że one same mogą coś zrobić i osiągnąć, oraz pokazać im, że potrzebne jest do tego uporządkowanie działań. Dzieci, z którymi pracowaliśmy, mają problem z systematycznością. Trudno się z nimi umówić, bo nie są przyzwyczajone do tego, że coś trzeba zrobić o stałej porze.
Co na to wszystko artyści, których zaangażowaliście państwo do współpracy? Wyobrażam sobie, że startowali z misją do wykonania, a zderzyli się ze ścianą.
– Myślę, że kiedy się pracuje na scenie, jest się na wiele rzeczy przygotowanym. W teatrze panuje na przykład taka zasada: „żadnych dzieci, żadnych zwierząt”. To się wiąże z niespodziankami, jakie praca z nimi przynosi. Mimo to rzeczywiście dochodziło do sytuacji, w których musiałem pocieszać prowadzących, którym na zajęcia przychodziła jedna czy dwie osoby. W sumie jednak były to chwilowe rozczarowania i mamy poczucie, że udało się nam osiągnąć sukces. Oczywiście ważne będzie sobotni pokaz. To jest ważne, żeby pokazać uczestnikom, że systematyczna praca prowadzi do pozytywnych rezultatów w postaci przedstawienia i zrobionych przez siebie filmów. Myślę, że to się uda i dzieci przekonają się, że warto pracować dalej.
Wspomniał pan o filmach, które nakręciły dzieci. Co takiego pokazują?
– Podczas akcji przychodziły dziennikarki, które pytały dzieci co im się najbardziej podobało w kręceniu filmów. One odpowiadały: - „Nic. Nie wiem.” Drugie pytanie: - „A co nakręciłyście?”. - „Sex shop” - odpowiada jedno dziecko. - „Meneli” - mówi drugie. Widać wyraźnie, że zadziałał efekt tła. Dzieci nie przyglądały się temu co jest typowe, czyli temu, jak na przykład ludzie chodzą do pracy, czy wychowują dzieci. Zamiast tego zafascynowane były bezdomnymi, rzeczami egzotycznymi czy dziwnymi. Sam fakt, że weszły na pół minuty z kamerą do sex shopu, gdzie nie wpuszczono by ich nawet bez kamery, już był wielkim sukcesem i rzeczą wartą opowiedzenia. Bardzo cieszę się, że udało mi się namówić jedno romskie dziecko do nakręcenia rozmów między członkami swojej rodziny. Przekonanie go do uczestniczenia w akcji zajęło mi bardzo dużo czasu. Grupka dzieci chciała też nagrać szczury z podwórka, ale te się schowały i się nie udało.
Pierwsze, co chciałoby się zrobić widząc takie obrazki, to zabrać te dzieci jak najdalej od rzeczywistości, w której żyją. Co można jednak zrobić, żeby chociaż trochę na tę rzeczywistość wpłynąć albo chociaż wpłynąć na dzieci, żeby wyciągnąć je z marazmu?
– Rzeczywiście chwilami można mieć odczucie, o jakim pan powiedział. Jest jednak trochę tak, że dzieci koncentrują się na tym, co jest egzotyczne i dziwne, a więc nie pokazują tych chwil, które są normalne w ich życiu. To nie znaczy, że takich chwil nie ma. Z drugiej strony nie można bagatelizować problemów, które zobaczyliśmy na tych filmach. Mieszkanie na Grochowie nie jest pewnie najlepszym startem w życie. Myślę jednak, że wykluczenie wśród tych dzieci jest trochę takim samowykluczeniem. Dzieci nie są bowiem przygotowane do robienia pewnych rzeczy o konkretnej porze, nie mają nawyku systematyczności. To się ukazuje zwłaszcza w podejściu do szkoły. Myślę, że z czasem można wypracować przez stałe i konsekwentne działanie poprawę nawyków. Nam się to już w jakiejś mierze udało. Na początku to my musieliśmy się dostosowywać do dzieci, robić rzeczy wtedy, gdy one tego chciały. W miarę upływu czasu mogliśmy jednak od nich coraz więcej wymagać. Jeśli coś takiego dokonuje się w ciągu miesiąca, to po paru latach można pewnie mówić o znaczących sukcesach. Jeżeli dziecko nauczy się punktualności, tego że praca przynosi korzyści, to tak naprawdę ma ono do centrum Warszawy blisko, kilka kilometrów. Może wyrwać się z niekorzystnych układów czy środowiska i zacząć się normalnie rozwijać i osiągać sukcesów. Sytuacja dzieci z Pragi jest jeszcze taka tragiczna..
Które z zajęć podobały się dzieciom najbardziej?
– Myślę, że capoeira. Ciekawe, że chłopcy z naszego podwórka uznali, że to zajęcie „dla pedałów” i przychodziło więcej dziewcząt. Problem był w tym, żeby w ogóle dowiedzieć się, co się dzieciom tak naprawdę podoba, bo one się nie przyznają do tego przed swoimi kolegami. Tak, jak już mówiłem, gdy dziennikarze pytali dzieci o akcję w obecności rówieśników, odpowiadali „nic”, bo obok stał kolega i słuchał. W środowisku tych dzieci nie wypada się przyznać do tego, że coś się komuś podoba, bo koledzy się z tego śmieją. Byłem tego świadkiem wielokrotnie. Niemniej jednak daliśmy dzieciom tyle możliwości do wyboru, żeby sprawdzić co na nie działa i co się sprawdza.
Co się wydarzy w sobotę?
– Będziemy mieli dwa przedstawienia  teatralne, wystawę prac plastycznych przygotowanych przez dzieci, koncert piosenek z udziałem Urszuli Dudziak, Miki Urbaniak i dzieci oraz pokaz filmów i capoeiry...
Co się wydarzy w sobotę, jeśli dzieci nie przyjdą? To chyba taki eksperyment podsumowujący całą akcję.
– Wierzę, że większość przyjdzie. Rzeczywiście pomięliśmy chyba jednak jedną znaczącą rzecz. Mianowicie wyszliśmy z założenia, że każdy dziesięciolatek będzie chciał, żeby mu klaskano. Okazuje się, że niekoniecznie, że może się tego bać. Mieliśmy mimo to próby, pokazy wewnętrzne. Myślę więc, że przynajmniej większość z dzieci jest na publiczny występ przygotowana. Co jeśli nie przyjdą na przykład główni bohaterowie przedstawień? Będziemy mieli bardzo ciekawą sytuację... Zaimprowizujemy wtedy.
Czy spodziewa się pan, że na sobotni finał przyjdą także rodzice tych dzieci, pomimo że nie angażowali się, kiedy akcja była prowadzona?
– Mam nadzieję, że część rodziców przyjdzie. Większość dzieci nie ukrywało swojego udziału w zajęciach przed rodzicami...
... A część ukrywała?
– Tak. Trudno mi to zrozumieć. Nie wiem, co nimi powodowało, że nie mówili rodzicom o uczestnictwie w zajęciach. Być może po prostu nie musieli nawet mówić, że gdzieś wychodzą, a rodzice sami się tym nie interesowali. Nie mogę tego jednak powiedzieć o wszystkich. Byli na przykład ojcowie, którzy przychodzili ze swoimi synami. Oni odegrali bardzo ważną rolę. Dopiero, gdy powiedzieli, że coś nie jest obciachem, ich dzieci zaczynały systematycznie przychodzić.
Z tego, co pan wcześniej mówił, wynika, że akcja będzie miała kontynuację...
– Myślę, że tak. Byłoby świństwem zacząć z tymi dziećmi pracować, a później tak je zostawić. Wszystko będzie jednak zależało od ich chęci. To, co na pewno musimy zrobić, to zorganizować warsztaty i koncert rapu. Zorientowaliśmy się, że to interesuje dzieci w każdym wieku. Chcemy więc skusić do współpracy nawet tych najtwardszych.

 

źródło: inf. własna ngo.pl
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!

SKOMENTUJ

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora.

Malkontenci - 2010-09-14, 16:05
i co z finałem? - 2010-09-13, 08:41
cóż... - 2010-09-09, 09:38
Dla kogo ten zestaw - 2010-09-07, 15:37
?? - 2010-09-03, 19:13
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.